Terapia sensu Wyróżniony

Co przed chwilą robiłaś, robiłeś? Jakie masz plany na później? Czy to, czemu poświęcasz czas, przynosi Ci satysfakcję? Czy to, w co się angażujesz, ma dla Ciebie sens?

Dochodzę do siebie po śmierci kocurka Szaszka czytając „Czego najbardziej żałują umierający” Bronnie Ware [1]. Autorka, z wielkim zamiłowaniem do podróży, także wewnętrznych, na pewnym etapie życia zajęła się opieką paliatywną. Dzięki bliskiemu, empatycznemu kontaktowi z osobami żegnającymi się z życiem, które z czułością opisuje w swojej książce, określiła najczęstsze powody ich poczucia niespełnienia, psychicznego bólu. Jest ich pięć:

  • Szkoda, że nie miałam odwagi żyć tak, jak chciałam – zamiast tak, jak oczekiwali tego inni. To żal odczuwany przez osoby, które nadmiernie poświęcały się dla innych, np. usiłując spełnić oczekiwania rodziców, utrzymać toksyczny związek, nadmiernie koncentrując się na wychowaniu dzieci.
  • Szkoda, że tak dużo pracowałem. W tym żalu nie chodzi o to, że ludzie negują sens swojego zaangażowania w pracę. Żałują tego, że skupieni na pracy, zapominali o innych ważnych sprawach – o pielęgnowaniu relacji z najbliższymi, realizowaniu swoich marzeń. Jeden z pacjentów Bronnie Ware przed śmiercią najbardziej żałował tego, że przyzwyczajony do statusu społecznego osiąganego dzięki pracy, pomimo próśb żony, wciąż odwlekał moment przejścia na emeryturę. Wydawało mu się, że na „odcinanie kuponów” od dotychczasowego życia, czyli podróżowanie i spędzanie spokojnych dni z ukochaną partnerką, ma jeszcze mnóstwo czasu. A ona, po latach tolerowania swojej, drugoplanowej wobec pracy, roli w życiu męża, nie doczekała upragnionych wspólnych wakacji: umarła. Szybko, niespodziewanie, wiele lat przed nim.
  • Szkoda, że nie miałam odwagi okazywać uczuć. Wyrażanie uczuć wymaga odwagi, bo w przeciwieństwie do ocen, poglądów i innego rodzaju myśli, często trudno je zracjonalizować, zobiektywizować, uzasadnić. Uczucia są całkowicie nasze, ujawniają indywidualne, czasami najgłębsze „poruszenia duszy”, dlatego ich ignorowanie lub odrzucenie przez innych bywa dojmująco raniące. Wyrażanie uczuć utrudnia także kultura zakorzeniona w kartezjańskim Cogito ergo sum, która zamiast uczyć nas szacunku wobec emocji oraz zasad ich konstruktywnego wyrażania, trenuje nas w ich tłumieniu. Nie płacz przy ludziach, Nie wybuchaj głośnym śmiechem, Nie złość się, to nieładnie, Nie angażuj się, bo narazisz się na stratę – wielu z nas słyszało takie komunikaty od dziecka. Be cool and stay cool. Jeśli emocje cię roznoszą, idź na siłkę, pozbądź się ich energii. Albo pokrzycz w samochodzie – ale nigdy stojąc na czerwonym świetle, bo inni mogliby cię usłyszeć (takim „sposobem na emocje”, zaczerpniętym z jakiegoś psycho-poradnika podzieliła się ze mną kiedyś znajoma psycholożka). Karmieni tego typu instrukcjami, hamujemy wyrażanie naturalnej złości wobec przemocowych partnerów i szefów. Powściągamy wybuchy radości. Wypieramy smutek, po czasie przeradzający się w depresję, którą maskujemy automatycznym realizowaniem kolejnych zadań. Obawiamy się okazywać lęk, także ten zrozumiały. Zdarza się, że – przyzwyczajeni do chowania uczuć w „wewnętrznych kieszonkach” – nie dzielimy się tym, co dla nas naprawdę ważne, nawet z najbliższymi. Wielu z nas przez długie lata karmi najdroższe sobie osoby „dobrymi radami”, „pomocną krytyką” i „trafnymi diagnozami”, zamiast wypowiedzieć dwa proste słowa, które mogłyby je zbudować, zmienić ich życie na lepsze. Te dwa piękne słowa to, oczywiście: Kocham cię.
  • Żałuję, że straciłem kontakt z przyjaciółmi. Według Bronnie Ware przyjaciele to ludzie, którzy znają nas naprawdę. Wiedzą, jacy jesteśmy, bo przechodzili z nami krytyczne okresy życia, takie jak dojrzewanie, albo dlatego, że pozwoliliśmy się im przez dłuższy czas poznawać w różnego rodzaju sytuacjach. Wszyscy potrzebujemy dostrzeżenia i zaakceptowania swojej indywidualności, nie tylko przez samych siebie, także przez innych. Potrzebujemy osobistej i społecznej aprobaty oraz szacunku, wobec swoich stron mocnych i słabych. Zaspokajanie tej potrzeby przez przyjaciół staje się ważne zwłaszcza w sytuacji, w której nasz ukochany życiowy partner umrze przed nami albo nigdy go nie mieliśmy.
  • Szkoda, że nie pozwoliłam sobie na szczęście. Zadowolenie z życia to kwestia wyboru. Dosłownie. Faktem jest, że niektórzy z nas mają większą skłonność do doświadczania codziennej satysfakcji od innych – bo rodzą się z genetycznie warunkowanym niskim poziomem lęku czy skłonnością do szczęściodajnej ekstrawersji. Jednak faktem jest także to, że nawet ludzie z genetycznymi predyspozycjami do przeżywania negatywnych emocji, przeorani niefajnym doświadczeniem życiowym, mogą „wziąć sprawy w swoje ręce”. Mogą przestawić swój umysł z jazdy po torze negatywnym na tor pozytywny. Czasami wystarczy stosowanie prostych technik (które wkrótce opiszę). Czasami konieczne jest przepracowanie dawnych doświadczeń, które zakotwiczają nasze myśli i emocje w byciu ofiarą, cierpiętnikiem, osobą bezradną, „niegodną szczęścia”, jakoś „zepsutą” (w tym pomocna bywa psychoterapia). Zazwyczaj osiągnięcie szczęścia, zadowolenia, wymaga zrzucenia kulturowego gorsetu – otrząśnięcia się ze społecznych wkrętów typu: Człowiek dorosły powinien być odpowiedzialny – więc poważny – więc nie powinien zajmować się pierdołami – ani zbyt dobrze bawić.

Jeden z pacjentów Bronnie Ware powiedział: Byłem jak skamieniały. Tak mnie ukształtowała moja rola. Oczywiście teraz, kiedy umieram, zdaję sobie sprawę, że wystarczy być dobrym człowiekiem [2]. Jednym z magicznych sposobów na sensowne, dobre życie – „magicznych”, bo działających wbrew logice i społecznej wiedzy – jest prostota.  

Dla mnie prostotę wyrażają dwie zasady:

  • Rób to, co uważasz za ważne, kierując się sercem i umysłem.
  • Staraj się nie krzywdzić innych.

Do tych dwóch fundamentalnych zasad dorzucam trzecią, uzupełniająco-przypominającą:

  • Nie traktuj żadnych „prawd” jako „objawionych”. Sprawdzaj je, wykorzystując swój umysł i serce, rozmawiając z innymi, przyglądając się ich efektom.

Serce, jeśli było kiedyś zranione – a które nie było? – potrafi prowadzić nas na manowce. Umysł, obiektywizujący i abstrahujący od tego, co indywidualne, ma skłonność do powielania bezosobowych kulturowych wzorców. Dopiero wspólnie – serce, wraz z resztą ciała i płynących z niego sygnałów, współdziałając z moderującym jego porywy umysłem – pozwalają nawigować przez codzienność tak, żebyśmy czerpali z niej satysfakcję, tworząc przy tym przestrzeń przyjazną dla rozkwitu życia i zadowolenia własnego oraz innych. Dialogowanie z innymi, w połączeniu z empatią, umożliwiają minimalizację krzywd, jakie – zwykle niechcący – wyrządzamy innym (nie tylko ludziom).

Mam też zasadę czwartą, wynikającą z osobistych wyborów, mojego systemu wartości:

  • Masz tylko jedno życie (prawdopodobnie). Nie zmarnuj go. Sprawiaj sobie i innym tyle radości, ile możesz. Zmieniaj rzeczywistość na taką, w której chciałabyś, z przyjemnością, żyć.

Jakie są Twoje priorytety? Co nadaje Twojemu życiu sens? Czy czytanie tego tekstu jest Ci naprawdę potrzebne? Może wolał(a)byś przytulić ukochaną osobę – ludzką, psią, kocią? Posłuchać ulubionej muzyki? Przejechać się na rowerze? Poczytać książkę? Upleść koszyk z wikliny? Podlać rośliny na parapecie lub w ogrodzie? Zadzwonić do mamy lub przyjaciela?

Jeśli łapiesz się (czasami lub często) na poczuciu bezsensu – na tym, że to, co robisz wydaje Ci się w gruncie rzeczy zbędne, „puste”, na tym, że czujesz się jak robot wykonujący rutynowe czynności, albo jak aktor odgrywający rolę na planie zainscenizowanym przez innych ludzi lub los – spróbuj zadania, które stawiał przed swoimi klientami Victor Emil Frankl. W ramach swojej logoterapii (greckie logos oznacza w tym przypadku „sens”), Frankl zalecał ludziom, żeby wyobrazili sobie siebie na łożu śmierci.

Wyobraź to sobie, teraz: Twoje życie się kończy. Nie masz już zbyt wiele czasu. Niedługo, być może za chwilę, umrzesz.

O czym myślał(a)byś w takiej sytuacji? Co byś czuł(a)? Czego najbardziej byś żałował, żałowała?

Jeśli dotarłaś, dotarłeś do tego, co jest dla Ciebie istotne, prawdopodobnie poczuła(e)ś wzruszenie. Jeśli tak się stało, zostaw laptopa/smartfona/komputer, i zajmij się tym, co uważasz za naprawdę ważne.

Jeśli nie odkryłe(a)ś swojego osobistego sensu, próbuj dalej. Znajdź czas dla siebie, zafunduj sobie kolejne „przedśmiertne” sesje logoterapii. Albo, jadąc autem lub tramwajem, z pracy lub po dzieci do szkoły, pytaj siebie: Co lubię? Czego nie lubię? O czym marzę? Co jest dla mnie najważniejsze? Zadawaj sobie te pytania tak długo, aż poczujesz, że odpowiedź ma dla Ciebie sens. Tego momentu – odkrycia sensu – nie da się przeoczyć.

W natłoku wymagań świata zewnętrznego, codziennych obowiązków, łatwo o swoim sensie życia zapomnieć. Jednak, na szczęście, na ogół równie łatwo – przy odrobinie uwagi i otwartości – do niego wrócić. Kluczem jest dostrzeżenie prostej prawdy, o której zwykle staramy się nie myśleć: nasze życie kiedyś się skończy. Być może szybciej niż byśmy tego chcieli. Może bardzo szybko i gwałtownie, nie dając nam szans na doświadczenie czy zrobienie tego, co odkładamy na „wieczne później”. Ta prosta prawda wyrywa nas z bujania w myślowych obłokach – rozpamiętywania przeszłości, snucia abstrakcyjnych planów na przyszłość. Zakorzenia w teraźniejszości. Uświadamia najważniejsze.

Śmierć jest integralną częścią życia – bez względu na to, czy tego chcemy, czy nie. Jest jego dopełnieniem, naturalnym zakończeniem, warunkiem. Im bardziej wypieramy ją ze świadomości, tym łatwiej gubimy się w życiu, angażując się w sprawy mało ważne, nie oferujące spełnienia. Im wcześniej ją zaakceptujemy, tym dłuższy kawałek życia możemy przeżyć sensownie, swobodnie, radośnie, w pełni, owocnie. Szczęśliwie.

W książce Bronnie Ware najbardziej wzruszyło mnie to, że jej pacjenci wyrażali swoje żale nie tyle negując własne życie, co raczej dzieląc się z nią mądrością, uzyskaną dopiero w obliczu śmierci. Tak, jakby mówili: Kochanie, nie popełnij tych samych błędów, proszę – szkoda na to kolejnego, Twojego życia.



[1] Nie jestem pewna, czy polecam tę książkę. Autorka w sposób, który mnie poruszył, opisuje swoje towarzyszenie ludziom zbliżającym się do śmierci – i to jest niezwykle cenne w naszej kulturze, w której proces umierania, prędzej lub później spotykający każdego z nas, jest coraz skrupulatniej „zamiatany po dywan”, co sprawia, że jesteśmy do niego kompletnie, często boleśnie, nieprzygotowani. Jednocześnie Bronnie Ware zanurza się momentami w świecie magicznego, życzeniowego myślenia, kojarzącego mi się z niekorzystnymi psychologicznymi oddziaływaniami książek typu „Sekret” Rhondy Byrne. Bronnie Ware wydaje się wierzyć w to, że pozytywne myślenie jest zdolne rozwiązać wszelkie ludzkie problemy. Ostatni rozdział jej książki, w którym opisuje ludzi jako żarówki zdrapujące z siebie narzucone na nie błoto, doprowadził mnie do rozpaczy – stylistycznej, merytorycznej, metaforycznej. Jego czytania nie życzyłabym nikomu. A jednak odkryłam w tej książce kilka cennych rzeczy. Dlatego polecam tę książkę częściowo J Ostatnie trzy rozdziały warto sobie odpuścić – żeby uniknąć nerwów i niesmaku, albo grzęźnięcia w iluzjach.

[2] Ware B. (2016), Czego najbardziej żałują umierający, Czarna Owca, s. 90.

Anna Tylikowska

Konsultuję, doradzam, wspieram. Wykładam i szkolę. Przyglądam się, dotykam, smakuję. Dziwię się, pytam, nasłuchuję. Kontestuję, sprawdzam, akceptuję. Oddycham. Kocham stado, w którym żyję. Kocham słońce i księżyc. Ziemię i wodę. Wiatr i ciszę.

ania@integralnie.pl | tylikowska | 501 575 071

Dodaj komentarz do tego wpisu

Czujesz - sądzisz, że możemy coś dla Ciebie zrobić?

Bądźmy w kontakcie!