Psychomasakra Beksińskich

Obejrzałam „Ostatnią rodzinę” (2016, reż. Jan Matuszyński). Gdyby ktoś zaprosił mnie do gry „nadaj temu filmowi inny tytuł”, zaproponowałabym „Polską masakrę piłą psychologiczną”. Ewentualnie: „Zamknięte pudło”.

Zdzisław i Zofia są małżeństwem „starego typu”. Ona utknęła w schemacie opiekuńczości: gotuje, sprząta, troszczy się i wybacza. On jest skoncentrowany na sobie, zagubiony w świecie wyobraźni, choć nie na tyle, żeby nie zdobywać pieniędzy.

Zdzisław – technologiczny gadżeciarz, rejestruje rzeczywistość. Nagrywa w tajemnicy ludzkie rozmowy – może chce zrozumieć, jak to jest być człowiekiem? Nagrywa siebie – może czuje tak niewiele, że chce się upewnić, że istnieje? A może tak bardzo siebie kocha? Choć co miłość do siebie miałaby znaczyć, skoro Zdzisław wierzy w teorię przeciwieństw, zgodnie z którą jeśli kogoś kochasz, to masz ochotę mu „dosolić”? Zofia w takie sprzeczności wątpi, ale co może zrobić? Zgadza się na obojętność i brak szacunku, na ciągłe towarzystwo „obcego” – magnetofonu lub kamery, zamrażających na taśmach najbardziej intymne sytuacje, od wieczornych rozmów po pogrzeby.   

Ich matki, dożywające swoich dni w klaustrofobicznym mieszkaniu obwieszonym psychotycznymi obrazami, dobrze pamiętają czasy wojny. Kiedy zbliża się Tomek, ich wnuk, jedna z nich krzyczy: „Alarm, alarm! Gestapo nadciąga…”

No właśnie, Tomek. Młody mężczyzna, przypuszczalnie wysoko wrażliwy, o czym świadczyłoby m.in. jego zamiłowanie do muzyki, niechęć do rozmów „o niczym”, skłonność do idealizmu i… używania zatyczek do uszu. Tomek jest świetnym przykładem tego, co może stać się z osobą o delikatnym układzie nerwowym, jeśli dorasta w kiepskich warunkach. Dominujący ojciec przekazał mu zapewne wiarę w zło świata zewnętrznego, zwichrowane przekonanie o realności „światów wewnętrznych” i chamską arogancję. Matka nie mogła tej arogancji utemperować, bo pokornie odgrywała rolę domowej służącej, schładzającej dorosłemu synowi obiad elektrycznym wiatraczkiem. Tomek boi się ludzi i nimi gardzi, dzielona z nimi rzeczywistość jest mu wstrętna. Jego „świat wewnętrzny” najwyraźniej nie daje mu wystarczającego oparcia, bo raz za razem podejmuje próby samobójcze.

Jedną ze scen, która mną wstrząsnęła, była ta, w której Tomek zdemolował kuchnię rodziców po tym, jak matka posprzątała mu mieszkanie. „Dosyć niańczenia, kurwa” – warknął, najwyraźniej zapominając o tym, że stołuje się u matki, po czym zaczął odrywać meble od ścian. Co zrobił Zdzisław? Filmował, wszystko – szał syna, roztrzęsione próby przywrócenia porządku przez Zofię i jej błaganie: „Się zlituj”.

Zdzisław nagrywał żonę także po jej śmierci. Jego syn zapytał wtedy, całkiem słusznie: „Co my teraz zrobimy?”. Tomek ostatecznie się zabił. Zdzisław został zabity, bo nie chciał lub nie potrafił sam o siebie zadbać i zlecił codzienne czynności obcym, najwyraźniej nieodpowiednim, ludziom. Nie dostrzegam w historii Beksińskich działania fatum, o którym piszą inni. Widzę w niej raczej konsekwencję licznych osobistych decyzji, psychopatologię i ciąg niekorzystnych zbiegów okoliczności.

Zofia i Zdzisław dorastali ucząc się starych reguł, zgodnie z którymi małżeństwo było układem służącym przetrwaniu – a nie związkiem dwojga dbających o siebie, realizujących się osób. Ona nie odrzuciła tych reguł może dlatego, że była przesiąknięta lękiem, typowym dla pokoleń powojennych, a może dlatego, że kochała męża. On układ podtrzymywał może dlatego, że był wygodny, a może dlatego, że inaczej nie potrafił.

Tomek był rozpieszczony przez matkę, kochającą nadmiarowo i ulegle. Jednocześnie był przytłoczony ojcem, który zalewał wspólną domową przestrzeń sobą, swoimi osobliwymi ideami człowieczeństwa i życia. Taka mieszanka jest dla psychiki, zwłaszcza wysoko wrażliwej, nieznośna. Jako dziecko nadopiekuńczej matki, Tomek nie nauczył się rozpoznawania własnych możliwości ani cudzych potrzeb. Jako syn egocentrycznego ojca, doświadczył światopoglądowej, prawdopodobnie także emocjonalnej, przemocy. W efekcie nie wiedział kim jest, był uwięziony – zgodnie z określeniem matki – w „pudle zamkniętym”, w którym czuł niewiele poza rozpaczą i bezsilnością.

Jako psycholożce i terapeutce, w pamięć zapadła mi scena „psychoterapeutyczna”. Młody Beksiński siedzi na pół-kozetce, ustawionej pod „psychoanalitycznie przepisowym” kątem wobec fotela, na którym starszy mężczyzna pyka fajkę. Wygląda to trochę tak, jakby spotkał się z Freudem, ikonicznym terapeutą. Tomek opowiada o śmierciach swoich kotów, wyrażając zupełnie nieadekwatne do tego emocje. Terapeuta ma twarz pokerzysty. Wkurzony, Tomek zaczyna prowokować – „Czy zareaguje pan wreszcie jak człowiek? No co, mam w pana rzucić popielniczką?”. Terapeuta nie rusza się, nie mówi.

Zero rzeczywistego kontaktu z drugim człowiekiem – tak wyobrażam sobie życiowe doświadczenie Tomka. Najpierw dlatego, że jego matka odgrywała, przeterminowaną już, rolę służącej, a ojciec uciekł we własną fikcję. Później dlatego, że nie spotkał nikogo, kto pozwoliłby mu kontaktu się nauczyć. Gdyby ówczesna Polska była otwarta na świat, Tomek mógłby trafić do terapeuty, który zbudowałby z nim żywą relację, zastosował zręczne sposoby pracy psychologicznej. Jego życie mogłoby wówczas potoczyć się inaczej.

„Ostatnią rodzina” to według mnie kawał dobrej filmowej roboty. Bo pozostawiła mnie z myślami i uczuciami adekwatnymi do tego, o czym opowiada. Choć w mojej głowie szumiało od diagnoz zaburzeń psychicznych, nie stawiałam ich – bo były nieistotne. Tomek doświadczył zmasowanej psychomasakry, odzwierciedlającej przeżycia jego rodziców. Nie udało mu się przerwać zaklętego kręgu niefunkcjonalnych wzorców, bo otoczenie pogłębiało patologię, zamiast pomóc mu zdrowieć. Po obejrzeniu filmu czułam jałowość, pustkę.

Później poczułam też mieszankę ulgi, delikatnej radości i zadowolenia, związanych z nadzieją, że nasz świat – a na pewno psychoterapia – zmienia się na lepsze.

Anna Tylikowska

Konsultuję, doradzam, wspieram. Wykładam i szkolę. Przyglądam się, dotykam, smakuję. Dziwię się, pytam, nasłuchuję. Kontestuję, sprawdzam, akceptuję. Oddycham. Kocham stado, w którym żyję. Kocham słońce i księżyc. Ziemię i wodę. Wiatr i ciszę.

ania@integralnie.pl | tylikowska | 501 575 071

1 komentarz

  • AkoBe
    AkoBe 18-05-17 Link do komentarza

    W filmie "Ostatnia rodzina" nie ma prawdziwych Beksińskich. Ten PODŁY film, okrzyknięty arcydziełem przez ludzi, którzy o Beksińskich nic nie wiedzą, wypacza tylko obraz tej Rodziny. Scena demolowania kuchni przez Tomka jest wymyślona przez scenarzystę. Takie zdarzenie nie miało miejsca w rzeczywistości. Zdzisław nie sfilmował też martwej żony leżącej w kuchni. Wiem to na pewno, nie ma takich archiwaliów zarejestrowanych przez pana Zdzisława. Ten film nie jest o Beksińskich, tylko o tym, jak sobie świrnięty scenarzysta ich wyobrażał. Sam się do tego poniekąd przyznał w wywiadzie dla Gazety Magnetofonowej mówiąc: "Tej rodziny na początku bardzo nie lubiłem. Myślałem sobie: Chryste, co to za dziwne stwory?" No i stworzył taki a nie inny scenariusz.

Dodaj komentarz do tego wpisu

Czujesz - sądzisz, że możemy coś dla Ciebie zrobić?

Bądźmy w kontakcie!